czwartek, 20 listopada 2014

"Po co właściwie", czyli na tropie snobizmu po literackiej stronie

Bardzo adekwatny komiks (znaleziony tutaj).
Jakiś czas temu miałam przyjemność uczestniczyć w typowej rozmowie o książkach. Ja, koleżanka i wyliczanie co i dlaczego lubimy czytać; autorzy, gatunki, tytuły. Urok przyjemnej skądinąd konwersacji prysł jednak w momencie, gdy po kilku ładnych minutach przysłuchiwania, postanowił wtrącić się kolega:
"Słuchaj, a po co ty w ogóle czytasz?".
Pytanie proste, pozornie bezsensowne (no bo jak to: po co?), w pierwszej chwili skutecznie wybiło mnie z rytmu. Odpowiedziałam, jak łatwo się domyślić:
"No jak to?".
Odpowiedź zdecydowanie niepowalająca, acz poparta kilkoma argumentami: rozwijasz wyobraźnię, poszerzasz słownictwo, zapamiętujesz zasady ortografii i gramatyki. W odpowiedzi usłyszałam:
"Bez sensu. Przecież książki nic nie wnoszą!".
Oczywiście nie zamierzałam się poddać, i ze wsparciem koleżanki (której spokój ducha również zburzyło pierwsze pytanie) zaczęłam bronić sensu czytania. W końcu rozmawiałam z kimś, kto wcześniej deklarował się być miłośnikiem "Gry o tron". No właśnie: "Gry o tron", serialowej wersji sagi "Pieśń lodu i ognia". Serial wart obejrzenia, książki niewarte czytania. Bo zwykła powieść nic nie wnosi.
Podobnie nie nie wniosła dalsza dyskusja w tymże gronie nad tematem czytania. Pozostał jednak temat do rozważań: dlaczego właściwie czytam? I czemu takie a nie inne książki? Czy sam fakt czytania czyni człowieka lepszym?
Spróbuję się pochylić nad tymi pytaniami. I tym razem  znaleźć odpowiedź lepszą niż: "No jak to: po co?".

Jak już wspomniałam, dyskusja nad wartością czytania powieści i opowiadań - bo konkretnie o te formy się rozchodziło - upadła. Niemniej jednak jakieś dwa-trzy tygodnie później zobaczyłam owego kolegę z książką w ręku. Biografią. Uznał, że jeśli ma czytać, to "tylko te książki, które coś wnoszą". Biografie, literatura faktu. Powieści są w dalszym ciągu niegodne uwagi (no, chyba że to powieści czysto historyczne), a szeroko pojęty gatunek fantasy to bajki dla dzieci. A jednak sam fakt czytania przez niego książki uznałam za bardzo pozytywną zmianę - oznaczało to, że w moim "no jak to: po co?" było trochę racji. Najwyraźniej nawet największy malkontent znajdzie coś dla siebie, jeśli zechce poszukać.
Zatem kolega sięgnął po książkę, bo chciał poszerzyć wiedzę. W końcu temu służy literatura faktu. Miał swój powód, jeden i konkretny, podobnie jak tysiące innych czytelników, którzy regularnie sięgają po nową lekturę.

Od hobby do snobizmu


Wydaje mi się, że zazwyczaj nie kwestionujemy samego faktu czytania książek. Nie zastanawiamy się, dlaczego ktoś czyta. Jeśli już coś rozważamy, to indywidualny dobór lektur. Ostatecznie, jak widać na przytoczonym przykładzie, czytanie samo w sobie nie jest pustą czynnością. Poza tym spójrzmy prawdzie w oczy: nawet osoba niby nieczytająca, zawsze coś przeczyta. Chociażby prasę. I to właśnie tutaj, moim zdaniem, zaczyna się konflikt: nie między czytającymi a nieczytającymi, a między czytającymi Jedyne i Słuszne Lektury a pozostałymi.
Ów konflikt jest pewną formą snobizmu, który jest z kolei nieodłączną częścią świata kultury. To właśnie snobizm (o którym napisał jakiś miesiąc temu Zwierz Popkulturalny), moim zdaniem, sprawia, że część miłośników książek pragnie wznieść czytanie do rangi hobby dostępnego wyłącznie dla ludzi o wysokiej inteligencji i nienagannych manierach. Książka musi być oczywiście wydrukowana, bo dobrze wychowanemu czytelnikowi inna forma nie przystoi. Musi również prezentować Poziom. Teksty niewysokich lotów, jak choćby romanse spod znaku Harlequina, Poziomu nie trzymają, a osoby je czytające niegodne są miana prawdziwych czytelników.

"Tak oczywiście bo jeśli nie czytasz pergaminów oprawionych
 w byczą skórę to nie czytasz wcale. Ważniejsze jest co się czyta
 a nie na czym." (obrazek i cytat stąd).
Snobizm czytelniczy jest, niestety, faktem, a efekty jego działań prowadzą przede wszystkim do niepotrzebnych spięć. Poza tym pamiętajmy, że czytelnictwo (przynajmniej w naszym kraju) ma się podobno nie najlepiej, zatem najrozsądniejszym wyjściem byłoby zachęcanie ludzi do czytania książek, a nie zbywanie ich hasłami o niedostatecznym zaangażowaniu. A niestety, według typowego czytelnika-snoba przeciętny miłośnik książek zawsze będzie się plasował gdzieś poniżej wspomnianego Poziomu.W tym momencie rozważane przeze mnie pytanie nie powinno brzmieć "po co czytasz?", tylko "po co czytasz taki szajs?". Definicja "szajsu" będzie się zawsze różnić, w zależności od gustu osoby wydającej werdykt. "Szajsem" może okazać się powieść fantasy (zarówno twór zaliczany do klasyki gatunku, jak i coś zupełnie nowego), bo wymyślone światy to bajki dla dzieci. Może nim być powieść młodzieżowa (tzw. young adult fiction), ze wszystkimi typowymi dla niej rozwiązaniami. Może być nim powieść kierowana do kobiet - i to zarówno obyczajowa, jak i czysty romans z rodzaju tych, które można kupić w kiosku. "Szajsem" mogą być nawet powieści Stephena Kinga, ponieważ tworzy je niemalże taśmowo. Można zatem wywnioskować, iż "prawdziwą literaturą" jest tylko to, czego czytanie niekoniecznie sprawi nam przyjemność; najwyraźniej "dobra książka" jest ciężka i niestrawna.
Druga wersja rozważanego pytania to: "po co czytasz teraz, kiedy zrobiono film?". Nie mam tu na myśli potępienia czytania w perspektywie możliwości obejrzenia filmu; takie zachowanie cechuje jeszcze inną odmianę snobizmu. Chodzi tu o postawę osób, które krytykują fakt czytania przez kogoś książki w momencie, gdy na ekrany wchodzi film, ponieważ najwyraźniej film nakłonił ją do przeczytania. Tak jakby nie mogła wcześniej. Do tego ta książka to nowe wydanie, którego okładkę szpeci zdjęcie oficjalnego plakatu filmu, a przecież jedynym i słusznym wydaniem jest pierwsze.
Niestety, prawdziwy fan literatury to nie osoba, która słyszy książce po raz pierwszy w momencie, gdy została sfilmowana.
Trzecia wersja pytania to "po co czytasz na tym czymś?", a dotyczy oczywiście użytkowników czytników cyfrowych. Prawdziwa książka ma przecież kartki i pachnie tuszem, który należy wąchać, a prawdziwy fan literatury na każdy dalszy wyjazd ma przygotowaną dodatkową torbę pełna tomiszczy (i ważącą porównywalnie do taczki cegieł).

"Po co" kontra "dlaczego"


"Po co" jest, moim zdaniem, pytaniem kwestionującym. Kojarzy mi się przede wszystkim z rodzicami, którzy kręcą głową nad płaczącym dzieckiem, które mimo ostrzeżeń o niebezpieczeństwie weszło na drzewo, spadło i się potłukło.
"No i po co tam wchodziłeś?".
Pytanie, które zadał mi kolega, było w identycznym tonie. Koniec końców, nie interesowały go faktyczne powody, dla których lubię taką a nie inną formę rozrywki, ani też zalety, które w niej dostrzegam. Tak naprawdę pytał: po co czytać, kiedy można robić co innego?
Jest to również pewna forma snobizmu: typowe uznanie wyższości jednego zajęcia nad innym. Bo co może być lepsze od czytania? Uprawianie sportu, granie w gry wideo, oglądanie filmów i seriali (łącznie z adaptacjami książek - dzięki temu tym bardziej nie trzeba ich czytać), spotykanie się ze znajomymi? Być może. Problem jednak w tym, że wymienione formy rozrywki są tak bardzo od siebie różne, że wręcz nie należy ich porównywać na zasadzie wyszukiwania obiektywnie najlepszej. Każda ma swoje dobre i złe strony, z każdej można coś wynieść. Wszystko zależy w tym momencie od człowieka. Dyskusja o wyższości czytania klasyków literatury amerykańskiej nad graniem w gry strategiczne ma zatem równie dużo sensu, co dyskusja o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy.

Myślę zatem, że pytanie, które powinniśmy rozważyć, brzmi nie "po co" a "dlaczego". Dlaczego, powiedzmy, decydujemy się nabyć czytnik do e-booków, zamiast zbierać książki papierowe? Nie będzie odkryciem stwierdzenie, że zbitek bajtów papieru nie zastąpi. Owszem, ale może pozwolić na łatwe czytanie powieści o ponad tysiącu stron, bez obciążania ręki bądź torby w podróży (w końcu nie każdy czyta tylko i wyłącznie w domu). A dlaczego ze wszystkich dostępnych gatunków literackich najchętniej sięgamy po ten jeden konkretny? Najpewniej dlatego, że najbardziej nam odpowiada, i dostarcza akurat tego, czego potrzebujemy. To, że jeden potrzebuje wiedzy a drugi przygody, jest już kwestią indywidualną. Czemu jednak ze wszystkich dostępnych rozrywek wybraliśmy akurat czytanie? Z prostego powodu: lubimy je. Rozrywka z definicji ma służyć przyjemności. Czemu więc mielibyśmy porzucić zajęcie, które nam ją sprawia?
Snobistyczne podejście do rozrywki nie powinno stać się powodem, dla którego przecięta osoba miałaby zacząć wątpić w słuszność swoich wyborów. Mamy XXI wiek. Zdecydowana większość naszego społeczeństwa potrafi czytać - czyli posiada umiejętność w przypadku obcowania z książkami kluczową. Obecnie przeciętny człowiek nie musi ograniczać się do czytania Biblii. Może sięgnąć po cokolwiek, bo książek jest dużo i są bardzo łatwo dostępne. Innymi słowy, czytelnictwo od bardzo dawna nie jest zajęciem dla wybranej grupki porządnie wykształconych osób. Czytam, bo potrafię, czytam, bo lubię i mogę. Nieważne, czy używam czytnika, czy też preferuję tradycyjną papierową formę. Nieważne, czy zaopatruję się w popularnej sieciowej księgarni, czy w antykwariacie; obydwa są przecież równie łatwo dostępne, żaden nie jest klubem dla literackich elit. Nie jest też istotne, co w życiu przeczytałam i w jakiej ilości - najważniejsze jest, co z owych książek wyniosłam.

"Po co w ogóle czytasz?" okazuje się zatem pytaniem, które w dzisiejszym świecie, w naszym społeczeństwie, nie powinno mieć racji bytu. Wiadomo przecież, że człowiek lubi korzystać z możliwości, które otrzymał, i prowadzić życie wedle własnych upodobań. Tak było zawsze. Co więcej, przeciętna osoba potrzebuje pewnego rodzaju bodźca, który pobudziłby jej umysł w pożądany sposób. Takim bodźcem może być właśnie dobra powieść albo tomik wierszy.
Jeśli miałabym ponownie zmierzyć się z pytaniem z początku - oczywiście po zmianie "po co" na "dlaczego" - odpowiedziałabym, że czytam, bo lubię. Bo sprawia mi to przyjemność. Bo pozwala wykazać się mojej wyobraźni. Absolutnie nie stoi za tym jakaś głębsza filozofia.


Tak poza tekstem dodam, że naprawdę nie rozumiem sensu istnienia snobizmu w kulturze, którą można zaliczyć do masowej (a obecnie zaczyna należeć do niej także teatr). Aczkolwiek rozumiem powód: w końcu "grupy elitarne" mogą czuć się urażone tym, że "masy" otrzymują dostęp do tego, co wcześniej było ekskluzywne.

14 komentarzy:

  1. tekst bene, ale cofnęłaś nas w czasie o dwieście lat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...już wiem^^;
      Przepraszam i dziękuję za zwrócenie uwagi^^;

      Usuń
  2. Jeszcze bardziej mnie denerwującym pytaniem, które często słyszę to: Czy Ty naprawdę przeczytałam te wszystkie książki? (mówi mój rozmówca patrząc na moje regały pełne lektur...). Nieraz już nie wytrzymuję i odpowiadam: "Nie. Tak sobie je ustawiam jako ozdobę pokoju". Mina rozmówcy - bezcenna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pytanie porównywalne do kultowego, które słyszą osoby zajmujące się dowolną dziedziną sztuki: Chciało Ci się?.
      Nie, stał nade mną poganiacz z batem.

      Usuń
  3. ...Co ja czytam? To książka musi coś wnosić do życia? Zresztą, co znaczy "wnosić"? Sprawić, że moje życie stanie się jakieś lepsze, że odkryję coś nowego, rozwiążę problem głodu na świecie? Nie rozumiem. Czytam, bo lubię. Po prostu. Nie widzę powodu, dla którego miałabym się tym dookoła chwalić i celebrować ten fakt, bo to nie jest takie rzadkie, jak nam się wydaje. Zresztą, media są różne, czytam też dużo na Internecie, czy gazety, jeśli by to brać pod uwagę, to wychodziłoby, że w Polsce nie jest tak źle z czytelnictwem. I ja jestem zdania, że lepiej czytać taki "Zmierzch", niż nic. Zawsze to może być wstęp do poszukiwań innej literatury. Ale z drugiej strony - ta jakość też powinna się liczyć, bo to jest jak z tym słynnym postem, że żeby móc oceniać anime, musisz obejrzeć 100 tytułów (czyli jak obejrzę 100 gównianych tytułów, to jestem znawcą, a ten, co oglądał tylko NGE czy Death Note już nie może mówić, że podoba mu się anime?)
    Tak samo nie rozumiem argumentu, że po co czytasz, skoro jest serial/film, albo "Wow, czytasz to i to, bo jest teraz modne, bo jest film w kinie!" No i co z tego? Być może jakby nie film, to bym nie usłyszała o danej książce, a tak to czasem trafię na coś ciekawego.
    Tak samo z tymi lekturami szkolnymi - przyznaję, że nie przeczytałam ich wszystkich. Romantyzm skutecznie mnie zniechęcił do podziwiania patetycznych arcydzieł i nie tylko. Dlatego moim zdaniem na lekcjach polskiego powinna być też krytyczna analiza, a nie wychwalanie i mówienie "Bo Słowacki wielkim poetą był". Ogólnie irytuje mnie snobizm w każdej postaci, ale ten tutaj jest aż śmieszny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie wiem - do dziś nie wiem, co znaczy "wnosić". Że niby wiedzę z niej czerpiesz? Ale nie każda książka to podręcznik. Zastanawiam się, czy w takim razie ktoś, kto czyta tylko książki, które "coś wnoszą" (czyli literaturę faktu, biografie - z tego masz wiedzę o tym, co faktycznie się stało), oraz chodzi do kina tylko na "ambitne filmy", jest bardziej kulturalny niż osoba, która czyta powieści (bo lubi) i chodzi do kina na różne filmy (łącznie z "bajkami dla dzieci" od Marvela). Pomijam teraz, że o kulturę nie warto się licytować.

      Usuń
    2. No właśnie, podręcznik (szkolny lub akademicki) to nie jest cała literatura na tym świecie. No i dlaczego mamy nie robić nic dla przyjemności?
      Hahah, jeszcze większa zagwozdka się robi, gdy ktoś lubi i "ambitne" (co to znaczy?) filmy i "bajki dla dzieci". I czasem chodzi na to, a czasem na to. To gdzie go przyporządkować? ;]

      Usuń
    3. Obstawiam, że tacy ludzie po prostu nie istnieją, a jeśli są to mamy błąd w Matrixie ;)
      A poważnie, to do dziś nie wiem, co to jest "ambitny film". Serio. Taki, który wyświetlają w warszawskim kinie Muranów? Film niemy? Film po stokroć poważny? Film, który jest tak głęboki, że nie widać nawet pierwszego dna? Bo "bajka dla dzieci" to np. Iron Man. Avengersi. Kapitan Ameryka. Hobbit. Super... może jeszcze Hellsing (wersja anime, oczywiście - no co animowany, kreskówka, dla dzieci)? Ogólnie podział na rzeczy "dla dzieci" i "dla dorosłych" to temat na osobny wywód, mam wrażenie. Ale jak dla mnie, to jest sztucznie tworzony problem.

      Usuń
  4. Nie musi ograniczać się do czytania Biblii? Przepraszam, ale co to za głupi komentarz? Byłoby właśnie lepiej gdyby umiał czytać Biblię i to robił (ale to wymaga mózgu) - wiedziałby na czym stoi, skąd wywodzi się jego mentalność, jego cywilizacja. Ale nie czyta i jest wyprany z mózgu i z tożsamości, można z nim zrobić wszystko. Obecnie nasza cywilizacja wygląda tak, że szmatławiec francuski rysuje NA CO DZIEŃ kopulującą trójcę świętą i nikogo to nie rusza, a tu się nagle dziwimy, że obca mentalność na plucie prosto w oczy odpowiada najcięższą agresją. A milion idiotów z przywódcami państw na czele mówi: "tak, jesteśmy Charlie - nasze wartości to plucie i wypróżnianie się na każdą świętość, oto nasze standardy". Piękne zaproszenie do wyrżnięcia nas wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A przeczytałeś/aś w ogóle to zdanie? Kiedyś ludzie przecież mieli dostęp tylko i wyłącznie do Biblii w najlepszym przypadku. Dziś książki ma na wyciągnięciu ręki. Tu nadinterpretujesz słowa autorki i to jest mocna nadinterpretacja. Ja jestem wierząca, a w żaden sposób te słowa nie są dla mnie obraźliwe. W żaden. Tak samo Charlie Hebdo - humor niesmaczny, ale przecież nikt nie nakazuje czytania tego tygodnika.
      PS. Post był pisany przed zamachem.

      Usuń
  5. P.S. Moją intencją było potrząśnięcie, zachęta do rozwagi, myślenia, przepraszam gorąco, jeśli wyszło z tego zgorszenie dla czytającego/-ej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgorszenie nie wywołało, ale zdziwienie owszem, ponieważ komentarz nijak się ma do treści całego wpisu. Nie zniechęcałam do sięgania po Biblię, nie poddawałam w wątpliwość wartości, które jej czytanie niesie. Zwróciłam jedynie uwagę na fakt, iż w dzisiejszych czasach przeciętna osoba uczy się czytać nie po to, by móc tylko i wyłącznie samodzielnie czytać Biblię.
      Proszę jeszcze, by w przyszłości nie prowokować na tym blogu dyskusji politycznych. Gdybym chciała poruszać taką tematykę, robiłabym to.

      Usuń
    2. Jednak ma się i to sporo - "nie stoi za tym głębsza filozofia", jak głosi wpis, a pojawia się naprawdę głupi (przepraszam, ale tak jest) odnośnik do Biblii - jak gdyby kiedykolwiek człowiek namolnie czytał Biblię (było wręcz przeciwnie - była zbyt długo niedostępna ogółowi, braki w znajomości historii się kłaniają). Poza tym proszę na spokojnie sprawdzić wpis pod względem stylistycznym: "Mamy XXI wiek. Człowiek nie musi ograniczać się do czytania Biblii. Może sięgnąć po cokolwiek". Przepraszam, ale brzmi to co najmniej zniechęcająco i deprymująco, delikatnie mówiąc. Stylistycznie bardzo, bardzo niezręcznie, zwłaszcza jeśli intencje były inne. Jeśli dziwi się autorka, że to mogło szczerze rozgniewać kogoś, kto widzi, co się właśnie w tej chwili dzieje na świecie, i nie jest mu to obojętne, to rzeczywiście nie mamy o czym rozmawiać.

      Można uciekać od polityki, ale ona i tak nas dosięgnie. I to było właśnie na temat - jeśli za czytaniem nie stoi żadna głębsza filozofia, czytam, bo lubię, i nic więcej, to spodziewam się, że odpowiedzi na najbardziej egzystencjalne pytania też się nie szuka. A po co w ogóle snuć jakiekolwiek refleksje, jak się nie rozstrzygnie najważniejszego?

      W żadnym razie nie nakłaniam, by czytać "poważne" książki. Nakłaniam jedynie, by poważnie myśleć.

      Pozdrawiam i do widzenia. Żegnam z sympatią i życzeniami rozwagi (i pracy nad stylem).

      Usuń
    3. A ja myślę, Anonie, że jesteś ofiarą tzw. "przeedukowania", czyli bierzesz sobie zdanie, wyrywasz z kontekstu i nadmiernie je analizujesz, nawet jeśli intencją autorki nie było urażenie nikogo. A w tym fragmencie nie ma dwuznaczności, jest jedynie może skrót myślowy, ale autorka po prostu nawiązała do faktu, że kiedyś ludzie uczyli się czytania z Biblii i jedynie do niej się ograniczano. Autorka nie ocenia tego, stwierdza jedynie fakt, że tak było. To nie znaczy, że człowiek ma nie czytać Biblii. Ja w każdym razie nie widzę problemu ze stylem, skoro taka interpretacja nie przyszła mi do głowy, ani innym czytelnikom.
      I jest też takie powiedzenie (to tak zamiast pozdrowień): "Nie znam sposobu na sukces, ale znam na porażkę - starać się dogodzić każdemu." W skrócie: nikt nie każe czytać "obrażających" tekstów.

      Usuń