czwartek, 12 czerwca 2014

Czytanie w Empiku a kwestia...

Dawno, dawno, trochę mniej niż 10 lat temu (acz przypuszczalnie nie mniej niż 5) klienci Empików dość często mogli zaobserwować pewne zjawisko. Występowało ono w przede wszystkim w okolicach półek z fantastyką oraz w dziale z komiksami. Czytanie w sklepie, bo o nim właśnie mowa, we wspomnianych czasach bardzo powszechne, od kilku lat wydaje się zanikać. Pozwolę sobie pochylić się nad tym tematem i zastanowić nad domniemanym spadkiem popularności czytania "na miejscu", a także rozważyć zmiany, które nastąpiły w ciągu tych kilku lat w samej sieci Empik.

Ponieważ nie znana jest mi specyfika salonów Empiku w różnych miastach Polski, pozwolę sobie skupić się na tych warszawskich. Najbardziej typowym, wręcz sztandarowym (i najpewniej największym*) ze stołecznych salonów jest ten w Domach Centrum przy ulicy Marszałkowskiej. Z obserwacji wiem, że to właśnie do niego dostosowywane są pozostałe salony. Nie da się ukryć, że wyznacza on pewien standard. Budzi także konkretne skojarzenia.



Jeszcze kilka lub kilkanaście lat temu (niestety, jeśli chodzi o datę, pamięć mnie zawodzi) salon ten wyglądał inaczej niż obecnie. Był dość ciemny, książki zajmowały półki innego rodzaju niż aktualnie: sporo z nich było wąskie i wysokie, a ustawiano je w kształt liter U - każde U tworzyło zazwyczaj inny dział. Oczywiście w salonie znalazło się także miejsce dla półek niskich i długich: te stały zwykle na środku, zaś wysokie "klitki" w kształcie U zajmowały boki pomieszczenia. Przejścia były dosyć ciasne, a poruszanie się miejscami utrudnione - bo oto podłogę między ścianami U zajęła silna grupa młodzieży pochłoniętej czytaniem książek. Książki pochodziły ze wspomnianej półki, dział dotyczył zaś najczęściej fantastyki. Podobne sceny dało się zauważyć przy półkach z komiksami i mangą (te kilka-kilkanaście lat temu komiks i manga zwykle lądowały w okolicach działu z książkami). Gdy obok znajdowała się kanapa - zaraz uginała się pod ciężarem sklepowych czytelników, niekoniecznie w wieku "nastu" lat; część czytających stanowili też dorośli (nie raz widziałam mężczyzn pochłoniętych lekturą komiksu na wspomnianej kanapie).
Dawny wystrój sprzyjał czytaniu w sklepie. Pomieszczenia były ciasno umeblowane - duża ilość półek z towarem musiała zmieścić się na zbyt małej powierzchni. Czytelnik łatwo mógł się ukryć w zagłębieniu U, nie przeszkadzając przy tym większości klientów - nie siedział przecież w przejściu.

Kilka lat później nastąpiła mała rewolucja: Empik w Domach Centrum został gruntownie przerobiony. Powierzchnia każdego z trzech pięter sklepu została powiększona, dzięki czemu można było dogodniej rozmieścić półki z towarem. Przestrzenie między półkami powiększyły się, układy w kształcie litery U znikły, przybyło półek niskich i długich, zaś te wysokie postawiono jedynie przy ścianach. Salon stał się jasny i przejrzysty. I wciąż dało się w nim czytać.
Osoby namiętnie czytające w Empiku to zwykle (acz, jak wspomniałam, nie zawsze) ludzie młodzi. Fani przede wszystkim fantastyki, która niestety do najtańszego rodzaju lektur nie należy. Dlatego zbliżając się do działu z literaturą fantastyczną we wspomnianym salonie jeszcze kilka lat temu, trzeba było uważać, by nie potknąć się o leżące tu i tam plecaki - oraz o ich właścicieli, którzy radośnie zalegali pd półkami. Trzeba bowiem wiedzieć, że tuż po remoncie w dziale z książkami w tym właśnie Empiku fantastyka znajdowała się na półkach przy ścianie, czyli w miejscu całkiem dyskretnym, z daleka od kas czy też wejścia na piętro (pilnowanego przez ochroniarza).
Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie wraz z kolejnym przemeblowaniem salonu. Nie było ono co prawda zbyt drastyczne - ot, przeniesienie działu z fantastyką w inne miejsce: na środek piętra, idealnie w linii prostej z punktem obsługi klienta. Od tamtego czasu zjawisko czytania w sklepie na taką skalę, na jaką uprawiano je wcześniej, zaczęło zanikać.

Sądzę, że nie będzie przesady w stwierdzeniu, iż czytanie w Empiku było rzeczą niemalże kultową. Swego czasu ścianę Komikslandii zdobiła kartka głosząca "zakaz czytania komiksów na sklepie", bo "to nie Empik". Można zatem wnioskować, iż "czytanie na sklepie" nie wszystkim kojarzyło się dobrze. I jeśli spojrzymy na to z perspektywy zewnętrznego obserwatora, łatwo zrozumiemy, dlaczego. Sklepowe czytelnictwo niemal zawsze oznaczało wymięte tomy na półkach, poprzestawiane książki oraz utrudniony dostęp do niektórych sekcji (bo czytelnicy zalegali pod regałami). Skutki? Strata dla sprzedawcy - wymiętej, używanej książki nikt już nie kupi (nie za pełną cenę); irytacja klienta - nie dość, że nie może dostać się do regału, to jeszcze nie znajduje na nim tego, czego szuka, bo jedyne dwa dostępne egzemplarze są właśnie czytane na podłodze. To, albo widok jednego jedynego niemiłosiernie wymiętolonego tomu poszukiwanej powieści, który został przeczytany na miejscu. Taką sytuację przeżyłam kiedyś sama: jedyna pozostawiona na półce sztuka pierwszego tomu pewnej serii, na którym bardzo mi zależało, wyglądała jak przepuszczona przez maglownicę.

Mimo to sklepowe czytelnictwo nie spotkało się z otwartym społecznym potępieniem, popartym wyraźnymi zakazami czy przepędzaniem czytających z książkowych działów. Przeciwnie: gdy dwa miesiące temu na swoim profilu na deviantArt zamieściłam ankietę** z pytaniem o to, jak postrzegane jest to zjawisko, zdecydowana większość uznała, że nie ma w nim nic złego.

W dzisiejszych czasach klienci przyzwyczajeni są do tego, że wypada sprawdzić towar przed jego nabyciem. Mierzymy zatem ubrania i buty, oglądamy starannie biżuterię, przyglądamy się gadżetom od strony technicznej. W przypadku muzyki często mamy do dyspozycji próbki wybranych utworów zaproponowane przez zespół, do tego oficjalne klipy wideo i single. W przypadku filmu - kilka trailerów, czasem dodatkowe materiały od twórców (np. videoblog o produkcji "Hobbita"). Jak jednak pozwolić czytelnikom "wypróbować" książkę przed jej zakupem? W przypadku e-booków bywa, iż kupujący ma możliwość przeczytania za darmo kilku stron z książki, która go interesuje. Ale gdy przychodzi do książek papierowych, jedną z metod sprawdzenia ich treści pozostaje właśnie przekartkowanie i ewentualne przeczytanie fragmentów. Oczywiście pomocą służą również opisy na okładkach czy w reklamach... albo raczej służyły, ponieważ z roku na rok coraz więcej wydawnictw zamieszcza na tylnych okładkach swoich książek nie krótkie streszczenia, a opinie wystawione książce przez szanowane czasopisma bądź innych autorów. A te, niestety, zbyt pomocne nie są.
Pozostaje również kwestia finansowa. Nie jest tajemnicą, że książki do najtańszych dóbr nie należą. W związku z tym niejeden czytelnik, mimo najszczerszych chęci, staje czasami nie może pozwolić sobie na książkę, którą chce przeczytać. Znam przypadki, kiedy osoba przez jakiś czas poczytywała książkę w sklepie, a gdy zdobyła wreszcie trochę środków - kupiła ją.

Obserwując poszczególne salony Empiku można pokusić się o tezę, że sami sprzedawcy nie mają w sumie problemu z tym, że niektórzy poczytują książki w sklepie. Mimo przemeblowania salonu przy Marszałkowskiej, wciąż można spotkać w nim czytających. Nie zalegają jednak pod regałami, tylko stoją przy półkach i kartkują tomy; nie jest to jednak regularne czytanie, takie jak kilka lat temu. Nie znaczy to, że regularne czytanie w sklepie całkowicie zanikło - jest ono raczej uzależnione od salonu, od jego wystroju i układu regałów. Kameralność, niewielka przestronność (lub jej brak) i miejsca do siedzenia zdecydowanie sprzyjają czytaniu na miejscu.

Ciężko wydać jednoznaczny osąd na temat sklepowego czytania. Powody, dla których ludzie sięgają po lekturę na miejscu (ciekawość, brak funduszy, chęć pobieżnego zapoznania się z książką przed zakupem), są jak najbardziej zrozumiałe. Niemniej jednak stan, w jakim przeczytane lub przejrzane książki wracają na półki, jest czasem co najmniej wątpliwy. Niestety nie każdy dba o to, by obejrzany produkt nadawał się jeszcze do sprzedaży - zupełnie jakby nie brano zupełnie pod uwagę, że te właśnie książki są przeznaczone na sprzedaż, a nie na wypożyczenie.
Samo czytanie nie wydaje się jednak potępiane przez sprzedawców. Póki nie są pod szczególną obserwacją, ochroniarz czy pracownik nie zwraca uwagi klientowi, który na kilka minut zanurzy się w lekturze przeglądanego tomu. Być może próba wytępienia tego zwyczaju byłaby jak walka z wiatrakami. Może skutkowałaby utratą klientów, głośnym protestem, bojkotem sieci? Ciężko powiedzieć. Szczęśliwie, nikt nie kwapi się tego sprawdzać.

Zatem pozwólmy sobie traktować książki jak każdy towar, którego zakupu nie chcemy żałować. Kluczowa będzie tu swego rodzaju kwestia przyzwoitości: każdy, kto sięga po książkę w księgarni, bez pewności, czy chce ją kupić - nieważne, czy tylko spojrzy na okładki, czy przekartkuje, bądź przeczyta kilka stron - powinien być świadomy, iż ktoś po nim może również chcieć przejrzeć tą konkretną książkę. Należałoby ją zatem odstawić na półkę w takim stanie, w jakim chciałoby się ją zastać.


*Nie miałam okazji zwiedzić wszystkich salonów co do sztuki (a do odwiedzanych nie wchodziłam z miarką), więc kwestia wielkości pozostaje otwarta.
**Ankieta jest aktualnie niewidoczna, niestety, brak konta premium pociąga za sobą konsekwencje.

38 komentarzy:

  1. Swego czasu, jak byłam młodym smarkiem, zapoznałam się z wieloma mangowymi tytułami w taki sposób. W naszym empiku była kawiarenka w środku i półka z mangami wygodnie umieszczona akurat w kącie tej kawiarenki. Zresztą już sam fakt, że empik zrobił sobie kawiarenkę może znaczyć, że nie przeszkadzało właścicielom tak bardzo czytanie na miejscu książek (prawdopodobnie liczyli na to, że klient przeczyta kawałek, a resztę kupi).
    Hmm, dzisiaj raczej nie podoba mi się czytanie na miejscu. Serio, od takich rzeczy są biblioteki (w niektórych nawet znajdują się półki z komiksami i mangami!). I nie chodzi mi o wymiętą książkę, którą nie będę chciała kupić (well, i tak nie kupuję w empiku, tylko w sklepach internetowych), a raczej fakt, że bardzo często po przeczytaniu nie kupi tej pozycji. I później słyszę, że mangi nie sprzedają się tak dobrze, że wracają pogięte do wydawcy i że np. nie będzie więcej mang z tego gatunku lub od tego autora T.T
    W innym empiku za to ostatnio widziałam, że mangi przenieśli z działu czasopism na dział komiksów. Nie jestem pewna, czy to taki dobry pomysł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomina mi się, jak za czasów walki z ACTA pojawił się w sieci cytat z Paulo Coelho (tym razem autentyczny, nie "coelhizm"). Autor miał powiedzieć, że nie ma nic przeciwko wrzucaniu do Internetu książek w formacie pdf, bo uważa, że ktoś, kto przeczyta w ten sposób rozdział lub dwa i uzna tę książkę za dobą, kupi ją w wersji papierowej, bo czytanie w taki sposób męczy. I faktycznie coś w tym jest - o ile ktoś woli wersje papierowe od e-booków, oczywiście.
      Tu można się kłócić o ceny mangi i książek, które bardzo wzrosły po podniesieniu podatku na papier - co mało komu się podoba, nawet widziałam żarty pt. żyjemy w kraju, w którym zgrzewka piwa jest tańsza od książki. Sama uważam, że fan powinien w miarę możliwości wspierać wydawnictwa, zwłaszcza mangowe, które muszą włożyć mnóstwo pracy w to, by jakiś tytuł pojawił się w Polsce (negocjacje ze stroną japońską nie są łatwe).
      Ja z kolei zauważyłam, że w największym warszawskim Empiku mang już chyba nie ma. Póki były, znajdowały się w dziale z czasopismami (a kiedyś, dawno temu, w książkach). Obecnie ich brak... a gdy ostatnio je tam widziałam, leżały niziutko, na wysokości umożliwiającej sięgnięcie po nie dzieciom - a na wierzchu leżało Battle Royale, jeden tomik był rozfoliowany, w a środku na każdej stronie seks lub śmierć.

      Usuń
    2. Żeby nie było - nie mam nic przeciwko przeglądnięciu, pomacaniu książki czy przeczytaniu fragmentu czy rozdziału. Chodzi mi o to, kiedy ludzie w Empikach czytają całe książki - to trochę jak zamiast obejrzeć skakankę w sklepie sportowym, to rozpakować ją, skakać przez bitą godzinę i później odłożyć na półkę :D. Porównanie trochę głupie, ale mniej więcej chodzi mi po prostu o to, że gdzieś jest granica, za którą produktu, innych nabywców ani producentów się nie szanuje. Trochę jak czytanie nielegalnych e-booków na kompie. Nie, żeby to była zbrodnia nad zbrodnie, po prostu z perspektywy czasu mało mi się to podoba.
      Ja w sumie nie słyszałam o papierze, słyszałam za to głównie o marżach dla sklepów (szczególnie Empików), coś około 40% czy więcej ceny książki, przez co ceny początkowe są sztucznie zawyżane. Nie wiem, na ile to się zgadza.
      Z japońskimi licencjami zawsze są jakieś kłopoty :D. Moim ulubionym wydawnictwem w tym temacie jest Studio JG, których dwie nieśmiertelne wymówki to "drukarnia zawiniła" i "strona japońska zawiniła" (przy czym nie chodzi mi o to, czy są prawdziwe, czy nie). Ugh, gdyby ktoś z wydawnictwa Japończyków przeczytał, co czasem się wypisuje na ich temat, to oczy by mu z orbit wyszły i byłoby po licencjach ^^. Ciekawa sprawa ostatnio była z Zakuro i numerkiem na grzbiecie.

      Usuń
    3. Przeglądanie czy obmacywanie książek sama uprawiam ;) Nieprzejrzenie czegoś, czego nie znam, porównałabym do kupienia butów "na oko": niby mój rozmiar, ale skąd mam wiedzieć, że nie będą uwierać?
      Za to ja nie słyszałam o marżach; jedynie o tym, że wydawnictwa sporo płacą, żeby ich książki były wystawione na wystawie Empiku. A VAT na papier wynosi 5% - tyle nawet widnieje na obwolucie mangi, którą w momencie pisania tych słów mam pod ręką.
      O tak :D Zawsze "uwielbiałam" ich tłumaczenia. Pamiętam, że swego czasu pisali nawet o "Hetaliowej klątwie", bo żadnego tomiku nie mogli wydać bez obsuwy.
      Nie słyszałam o sprawie z Zakuro, powiesz coś więcej?

      Usuń
    4. Z Zakuro to w sumie prosta sprawa: chodzi o to, że piąty tom na grzbiecie ma cyferkę wyżej niż wcześniejsze tomy (żeby nie było, gdzieś tak półtora raza, widocznie wyżej). Na żalenie się fanów wydawnictwo (konkretnie Yanek) odpisało, że strona japońska ni z gruszki ni z pietruszki zażądała zmiany wysokości cyferki (!), chociaż w Polsce wyszło już tomów cztery i jakoś nikt się tym wcześniej nie przejmował (Zakuro to seria, przy której przez każdy tom chyba był negocjowany osobno, dopiero teraz wydawnictwo uzyskało licencję na resztę). Zażaleń było chyba trochę, bo teraz dodrukowali nowe, "dobre" obwoluty (a mnie nadal zastanawia, czy strona japońska wydała na nie zgodę, czy takie rzeczy nie trzeba ustalać w licencji). Sama Zakuro zresztą nigdy szczęścia nie miała, bo jej cykl wydawniczy do tej pory był półroczny (nieoficjalnie, oczywiście :D). Zresztą, Otoyomegatari też miało ostatnio problem z grzbietem obwoluty - nie to logo - za które odpowiedzialna jest podobno drukarnia, i tutaj także będą dodruki nowych obwolut.
      I nie, żebym nie wierzyła JG, bo w sumie im wierzę (nie mam powodu tego nie robić), ale można by zrobić takie małe dwuokienkowe bingo z napisami "drukarnia" i "strona japońska" i obstawiać, co teraz zawaliło :D. Takie małe radostki fana.
      Co do marż - swego czasu chyba Waneko albo JPF coś na forum Waneko pisali o tym. Teraz sobie nie przypomnę, ale pamiętam, że główna konkluzja to to, że Empik jest drogi dla wydawców (i spóźnia się z opłatami), ale większe wydawnictwa nie mogą sobie pozwolić, żeby go opuścić.

      Usuń
    5. Hm... zastanawiam się tylko, dlaczego - na tyle wydawnictw mangowych w Polsce - tylko Studio JG ma wiecznie problemy ze stroną japońską. Tak samo drukarnia - ktoś im kiedyś napisał, że skoro drukarnia, z którą współpracują, ciągle ma problemy, dlaczego nie zrezygnują z jej usług? Podpisali cyrograf krwią?
      Wiem, że JPF musiał kiedyś jeszcze raz drukować jeden nakład mangi (chyba Bleach, ale głowy nie dam), ponieważ wpadli na genialny pomysł bycia pro-eko. Wydrukowali zatem pierwszy nakład na szarym papierze (a zawsze drukują na sztywnym białym). Fanom się nie spodobało, zaprotestowali i trzeba było drukować raz jeszcze (a tomik miał opóźnienie).
      Hm... coś mi świta odnośnie tych marż. Nie dam głowy, czy ja o nich nie słyszałam na PAconie, podczas panelu z wydawcami.

      Usuń
    6. W sumie z tego co widać, tylko Waneko prawie w ogóle nie wspomina o stronie japońskiej, jeśli chodzi o opóźnienia. JPF też raczej nie narzekał na nią, ale teraz wynikła ta przykra sprawa z Fairy Tail, więc w sumie można powiedzieć, że się na tym potknęli. Wszystkie młodsze wydawnictwa mają ciągle obsuwy ze względu na brak akceptacji okładek lub długi proces licencyjny. W sumie Yumegari raczej nie ma takich problemów, jako że oni głównie manhwy wydają (poszli na skróty ^^). Po prostu ze wszystkich młodszych wydawnictw to JG najwięcej wydaje mang (a teraz ma tyle zapowiedzi, że zastanawiam się, kiedy oni to wszystko wydadzą), więc i im najwięcej obsuw wychodzi.
      O Bleachu nie słyszałam. A to ciekawe, bo w sumie kiedy Bleach wychodził, to wydawnictwa już raczej zarzuciły ekonomiczny papier chyba.

      Usuń
    7. Hm, to prawda. Tak w ogóle to na spotkaniu z wydawcami, o którym wspominałam, to właśnie pani reprezentująca Waneko pokazała najwięcej klasy. JPF zwykle nie zawala, z tego co pamiętam, a teraz ewidentnie zdarzyło im się niedopatrzenie. Jedno może przydarzyć się każdemu.
      Wydaje mi się, że JG próbuje złapać za dużo srok za ogon. Świetnie, że wydają nowe tytuły i to w dużych ilościach (oni są chyba jedynym wydawnictwem, które stawia na krótkie serie i one-shoty, bo JPF czy Waneko wydają spoko tasiemców), ale taka ilość na raz sprzyja potknięciom, niestety. Pozostaje wierzyć, że się wyrobią.
      Opowiadał mi to kolega, który kupuje Bleach. Jeden z początkowych tomów (nie pamiętam czy pierwszy czy nie) miał takie obsunięcie, bo wydawnictwo zechciało być ekologiczne. I chyba od Bleach chcieli zacząć. Na mój rozum, jeśli chcą wydawać coś na tańszym papierze, niech wydają, ale nie od środka serii.

      Usuń
    8. No tak, ale wydawnictwa ostatnio zaczęły inwestować w krótkie serie. JPF ma MM, która z założenia jest krótka, a także osobno serię seinen i josei, w której jak na razie ukazują się bardzo krótkie tytuły (4 tomy, 4 tomy, 3 tomy i 2 jednotomówki), no i jest jeszcze nieśmiertelny Ito xD, z kolei Waneko rozpoczęło serię Jednotomówek Waneko (nie ma to jak chwytliwa nazwa :D), a i ostatnio pakują się w serie zakończone i średniej/krótkiej długości (13 tomów, 12 tomów, 10 tomów i 6 tomów). Z kolei JG prawie ciągle bierze serie niezakończone, no bo wymieniając bez konkretnej kolejności: Otoyomegatari, Zakuro, Toradora, Spice & Wolf, Acid Town, Loveless, Makao Ouji, Boku wa Tomodachi... i Unbreakable Machine-Doll (o czymś zapomniałam?). Z niektórymi im się fajnie udało, że albo po zapowiedzi, albo w trakcie wydania mangi się zakończyły (Kokoro Connect, Vassalord czy Giga Tokyo Toy Box), ale 9 rozpoczętych, nie tak długich serii to duży miszmasz w wydawaniu tomów i pozyskiwaniu kolejnych. W sumie mam nadzieję, że to wszystko udźwigną, bo lubię tytuły, które wydają, i że nie zawsze kierują się ich sprzedawalnością.

      Usuń
    9. To dobry ruch z ich strony, bo długa seria (ponad 20 tomów) w pewnej chwili nudzi nawet najwytrwalszych czytelników - a wydawnictwo mam tym samym spadek sprzedaży.
      Trzeba przyznać, że nasz rynek rozwija się całkiem nieźle. No i fandom rośnie i ma się dobrze :)

      Usuń
    10. Nie byłabym taka pewna co do długich serii. Długie serie shonenów mają to do siebie, że mają duży, napędzający sam siebie fandom, który nie zamiera, dopóki seria się nie zakończy. Zastanawiam się, jakby to było z dłuższymi seriami shonen zakończonymi (np. KHR), ale stawiam na to, że ponieważ anime zazwyczaj się kończy dosyć szybko, a manga jest już na początku zakończona, to nie opłacałoby im się to tak bardzo. Z kolei krótsze serie niezakończone mogą mieć to do siebie, że szybkie dobicie do Japonii to jest przeskok z dwumiesięcznego trybu wydawniczego na inny (zazwyczaj 4 miesiące, ale bywa i dłużej - vide NGE ^^), przez co szybciej można się znudzić, niż gdy porcję co dwa miesiące.
      Ale to tylko takie gdybanie. Rzeczywiście, rynek nam się pięknie powiększa :D, cztery nowe wydawnictwa na dwa lata i rozszerzenie oferty wydawniczej o tytuły wcześniej w Polsce rzadko albo prawie w ogóle nie wydawane - teraz wręcz się boję, że coś pójdze źle i trzeba będzie obejść się smakiem.
      Tak po cichu też liczę u Ciebie na jakiś wpis okołomangowy, bo dawno nie było, ale jakiejś większej presji czy coś nie zamierzam wywierać :).

      Usuń
    11. Informację o długich seriach pamiętam z panelu z wydawcami. Mówiła o tym reprezentantka Waneko i jako przykład podała sytuację, którą mieli w wydawnictwie: spadła im sprzedaż jednej długiej serii, acz nie mang chyba tylko książek. Ale nawiązała przy tym także do mang i stwierdziła, że zakup długiej serii zawsze jest ryzykowny dla wydawcy, bo istnieje realna możliwość, że taka seria się znudzi. Pierwsze tomy kupi dużo osób, ale później ta ilość może się zmniejszyć. I tego nie przewidzisz, różne czynniki na to wpływają (łącznie z jakością opowieści). Dodam, że ona mówiła ogólnie, a nie konkretnie o shonenach (które są nie do zdarcia, wiem - inaczej Naruto dawno by poleciało, a ma się całkiem dobrze).
      Serie niezakończone... zależy o jakiej długości mówimy. Kuroshitsuji wychodzi regularnie co dwa miesiące, do tego dogania wydanie japońskie (mam nadzieję, że całość zamknie się w dwudziestu tomach...). Jak jest z seriami krótszymi, niestety nie wiem, bo poza takimi średnio-długimi seriami kupowałam tylko one-shoty. Ale zgodzę się, że za długi czas oczekiwania może zniechęcić do serii. Ot, człowiek nawet zapomni, że coś zbierał...
      Powiększa i nawet pojedyncze dramy go nie niszczą (mam tu na myśli aferę z Omikami). Tytułów jest nie tylko "po prostu" więcej. Mamy ogólnie większe zróżnicowanie i każdy może znaleźć coś dla siebie :)
      Na pewno napiszę coś na ten temat w lipcu... o ile znów nie przesunie się premiera Sailor Moon^^;

      Usuń
    12. Ugh, napisałam długiego posta, ale mi się skasował T.T
      W każdym razie z tego co wiem, to Waneko nie było zadowolone ze swoich starych serii: Jeża i Kindaichiego (które zresztą przerwało), a teraz to w sumie tylko słyszałam, że Special S się tak dobrze nie sprzedaje jak na dłuższą shojkę. Kiedyś też nie sprzedawało im się Saiyuki, więc opłakuję sobie po cichu kontynuację. Z teraźniejszych rzeczy jeszcze słyszałam, że ecchi zbyt dobrze się nie sprzedaje (Hatsukoi Limited cenzura zrobiła zły PR), no i oczywiście Battle Royale, ale chociaż długie, to tak naprawdę trochę inna broszka, bo historia podobno cały czas trzyma poziom.
      W sumie mi chodziło po głowie Zakuro, słyszałam opinie, że ludzie porzucali ze względu na tryb wydawniczy, ale to trochę inna sprawa.
      Tak naprawdę niezakończonych mang, które już dogoniły Japonię nie ma chyba dużo - jedno NGE mi się kojarzy. Za to dużo innych zaczyna doganiać: Naruto, OPM, Dogsy itd. Więc zobaczymy, jak mi się będzie kupowało w nieregularnym trybie wydawniczym.
      Z tego pączkowania Omikami wyszły dwa wydawnictwa, więc w sumie sprawa dla fanów wyszła na plus (może oprócz nieszczęsnego Totally Captivated). Zresztą okres rozpadu
      Omikami to dla mnie okres, w którym zaczęłam się ponownie interesować mangami u nas wydanymi, więc miło to wspominam.
      Wybacz, że tak rzucam informacjami i tytułami, po prostu nagromadziłam je w głowie i teraz muszę je wytrząsnąć z niej :D. To sobie spokojnie poczekam na wpis.

      Usuń
    13. Battle Royale? Myślałam, że to ma dobre wzięcie. A jednocześnie dziwi mnie, że nie wybuchła w związku z nim grubsza afera, jak to jeszcze kilka lat temu miewało miejsce (np. afera z Hellsingiem), i to dzięki ogarnięciu Empiku właśnie. Przez to, o czym wspominałam na samym początku: rozfoliowany tomik na dolnej półce, a półka obok czasopism dla dzieci (dosłownie za rogiem czy na przeciwko leżały tomy Kaczora Donalda). A to był tomik bardzo naładowany seksem.
      Z kolei ja jakoś ponad rok temu wypadłam z obiegu jeśli chodzi o mangi, dlatego z Twoich komentarzy dowiaduję się ciekawych rzeczy^^
      Wydaje mi się, że każda manga to ryzyko dla wydawcy. Nawet jak wcześniej zrobi research, popyta, przeprowadzi ankiety wśród czytelników, to i tak nie będzie miał pewności, czy seria się dobrze sprzeda.

      Usuń
    14. Uuu, Battle Royale na pewno nie ma dobrego wzięcia. Wydawnictwo nawet oficjalnie ogłosiło, że skoro sprzedaż jest poniżej oczekiwań, to oni przechodzą w trzymiesięczny tryb wydawniczy, żeby zminimalizować straty. Dużo osób było zawiedzionych, ale przynajmniej nie przerwali serii, tak jak by kiedyś to zrobili.
      Ogólnie zakłada się, że największy target naszego rynku mangowego to nastoletnie dziewczęta (w tym także dosyć silną grupę stanowią yaoistki). Dlatego mangi uniwersalne: np. znane shouneny, które zarówno kupią młodzi chłopcy, dziewczyny interesujące się takimi rzeczami, yaoistki jak i niektórzy dorośli mający sentyment - mogą mieć dobre wyniki sprzedaży pomimo spadku fabuły i ogromnej (jak na nasze realia) liczby tomów. Tak samo zresztą jest teraz wykwit okołoyaoicowych tytułów - całe Kotori skierowane do yaoistek, Studio JG ze swoimi shonen-ai, a także Waneko z tytułami, które mają także fanserwis yaoi (wiesz, Kurosz, Pandora, Karneval, takie tam) - co w sumie może oznaczać, że takie rzeczy także dobrze (a przynajmniej porządnie) się sprzedają.
      Najgorzej sprzedają się właśnie mangi dla dorosłych (no, powiedzmy). Battle Royale to standardowy przykład (tyle że Battle Royale, oprócz tego, że ocieka krwią i seksem, to ma także brzydkie okładki i realistyczną kreskę), ale np. takie Tokyo Toy Box też nie sprzedało się zbyt dobrze (chociaż moim bardzo skromnym zdaniem to jest także wina braku jakiejkolwiek reklamy ze strony JG, no ale to chyba była jedna z ich wcześniejszych mang, bo Otoyomegatari bardzo dobrze rozreklamowali; z drugiej strony Emma podobno ma przeciętne wyniki). Dobrze jednak sprzedał się Another (który pomimo etykietki seinena w sumie jest kierowany także do młodszego czytelnika), a także Waneko pisało o zadowalającej sprzedaży Welcome to the N.H.K i Dogsów - i o ile to pierwsze cieszy, tak Dogsy w sumie nie są specjalnie ambitne (i mają bardzo ładną kreskę), więc nie dziwię się, że to idzie. O MM myślę, że nie ma co wspominać, sprzedawanie jedynie w sklepach internetowych robi swoje :).
      Mam przewielką nadzieję, że Monster się sprzeda i Hanami wyda chłopców Urasawy :). To takie moje małe marzenie, więc jeśli nie znasz tej mangi, to zachęcam chociaż do zapoznania się z nią :D.
      Problem z mangami w Empiku jest taki, że rynek zaczyna nam się różnicować: część mang mogłaby stać koło czasopism młodzieżowych, bo to właśnie do młodzieży głównie jest kierowane, druga część za to mogłaby zawitać w komiksach, jako że rynek komiksowy to jest wręcz przeciwieństwo mangowego: głównie starsi już mężczyźni (znaczy nie bardzo starzy, po prostu nie młode nastki), którzy są gotowi wydać na komiks trochę więcej, niż kosztuje przeciętna manga :). Tyle że nie wyobrażam sobie, żeby każdy Empik robił takie rozdzielenie (zresztą nie zawsze by było wiadomo, gdzie co ma być, a także dla klienta jest to duży minus). Tak więc specjalnie nie wiem, co możnaby było zrobić z Empikiem.
      Jest ryzyko i jest ryzyko :). Jest podobno duże ryzyko przy wydaniu light novel w Polsce (chociaż pierwsze właśnie zostało wydane), z kolei przy Shingeki no Kyojin ryzyko staje się tak małe, że to w sumie kwestia bardziej drogiej licencji niż tego, że się nie sprzeda.
      Większość moich postów to długie wypowiedzi, więc wybacz mi ten spam jeszcze raz :).

      Usuń
    15. Hm... zastanawiam się, na ile założenia co do osób kupujących są prawdziwe. Aczkolwiek wdaje mi się, że jednak więcej osób sięgnie po mangę uniwersalną niż po coś stricte "dla dorosłych" - oczywiście jeśli "dla dorosłych" oznacza "przemoc i seks", a to są tematy, które po prostu nie każdego kręcą, nieważne czy jest dorosły czy nie. A w tej chwili górna granica wieku fana mangi w Polsce to około 30 lat, jak sądzę - pokolenie Polonii 1 i Sailor Moon dorosło. Oczywiście młodszych fanów jest więcej, bo obecnie i inaczej patrzy się na fascynację mangą i dostęp do niej jest łatwiejszy... także za kilka lat trzeba będzie znowu sprawdzić rynek, tj. w jakim wieku są czytelnicy.
      Kotori (a wcześniej Omikami) miało bardzo dobry pomysł z yaoi. Poza Studiem JG, które wydawało pojedyncze sztuki, nikt inny nie chciał brać się za m/m stuff (pewnie się bali, co jest zrozumiałe).
      Hmm... wydaje mi się, że problem z mangami w Empiku powinien sprzyjać powstawaniu sklepów z komiksem i mangą. To by rozwiązało "problem", a Empik mógłby stawiać na swoich półkach tylko niektóre, "bezpieczne" tytuły (żadne Battle Royale w pobliżu Kaczora Donalda). Na przykład w Warszawie jest Komikslandia i stacjonarna filia Yatty, więc jeśli czegoś nie ma w Empiku, można przejść się do któregoś z tych miejsc.
      Ale jeśli się nie zaryzykuje, nie będzie się miało faktycznych wskaźników, bo teoria co do sprzedaży to zawsze za mało :)
      Nie przejmuj się ;)

      Usuń
    16. Z tego co wiem, akurat to założenie się sprawdza. Tzn. zakładają je wydawcy, jak i fani, chyba nawet jakieś ankiety były robione. Tzn. nie chodzi o to, że w fandomie jest więcej dziewczyn, tylko o to, że chętniej kupują mangi. Ze starszymi fanami jest taki problem, że jak człowiek dorasta, to często naturalnie odchodzi od mangi i anime (czasem nie wiedząc, że są tytuły doroślejsze, a czasem po prostu będąc znudzonym). Dochodzi jeszcze fakt, że dużo starszych fanów kupuje anglojęzyczne (albo inne) wydania, a później gdy jakiś tytuł cudem trafi do Polski, to nie do końca chce go dublować (chociaż niektórzy to robią, żeby wspomóc wydawanie innych podobnych mang w Polsce). Sama się zastanawiam, czy nie zacząć interesować się rynkiem anglosaskim, bo parę rzeczy bym chętnie kupiła :). Dlatego też wydawcy chcą trafić do komiksiarzy (np. Resident Evil miał dobrą sprzedaż, całkiem nieźle też idzie Ito).
      Yatta się ostatnio rozprzestrzenia :). Teraz chyba we Wrocławiu i Poznaniu się otwierają.
      Najgorszy problem z mangą jest taki, jaki też np. występuje przy komiksach i jeszcze przy grach - tzn. ogół ludzi nie uważa to medium za zdolne mocno zróżnicować swoje produkcje. Chodzi mi o to, że wiele osób nie wie, że istnieje coś takiego jak ambitna manga czy komiks, indie gry itd. I myślą, że medium nie jest na tyle zróżnicowane, żeby znaleźć coś dla siebie. To takie błędne koło, bo wydawnictwa nie będą się pakować w ciekawsze rzeczy, bo się nie sprzedają, a dlatego, że ciekawszych rzeczy nie ma na rynku albo nie są reklamowane, ludzie często nie wiedzą o nich. To taka moja teoria dotycząca tego :).

      Usuń
    17. Acz podejście starszych fanów może się zmienić wraz z dorośnięciem obecnego pokolenia nastolatków ;) Myślę tak dlatego, że coraz więcej ludzi przestaje postrzegać zarówno mangę jak i fantastykę jako taką za "coś dla dzieci".Fakt, że konwenty mangowe są pełne młodzieży, ale konwenty fantasy już niekoniecznie.
      To dobrze, niech się rozprzestrzenia :) Łatwiej dotrą do większej ilości osób. Poza tym nie wiem jak Ty, ale ja zdecydowanie wolę kupować książki i mangi w sklepach stacjonarnych, niż zamawiać. Zamawiam jedynie gdy jestem na sto procent pewna danej książki i/lub w sklepie stacjonarnym jej nie ma.
      ...nie wiedziałam, że jest przy grach. Poważnie. Ale ja też do gier nigdy nie wchodzę, bo nie jestem graczem. Moim zdaniem i manga i komiks powinny być przy książkach, rozłożone tak, by do tych +18 nie dosięgnęły dzieciaczki (coś jak magazyny, przecież te przeznaczone dla dorosłych zawsze stoją wyżej).
      Ale chyba Hanami wydaje ambitniejsze mangi, nie uważasz?
      Ta teoria może być słuszna. Niestety, bo o dobrą reklamę trudno, chyba że chcemy wcisnąć ludziom skandal, jak to było z "50 twarzami Greya".

      Usuń
    18. Ja kupuję głównie w sklepach internetowych. Jest mi tak po prostu wygodniej. Na początku zresztą kupowałam wszystko w sklepach internetowych u wydawców i cieszyłam się, że ich wspieram, teraz niestety zabrakło mi trochę pieniędzy i zaczęłam kupować w Gildii, bo tam jest tanio. Praktycznie nie kupuję już w sklepach stacjonarnych, chociaż gdyby powstał u nas komiksowy sklep i byłyby tam zniżki, to pewnie bym parę razy tam zawitała :).
      Że problem braku świadomości różnorodności w danym medium jest także przy grach? W sumie przy grach to już raczej przeżytek :). Ale czasem nadal się widzi takie komentarze, a nikt chyba nie powie sam z siebie, że nie istnieją ambitne (zarówno ambitna rozrywka, jak i zbliżenie się do sztuki) książki i filmy :).
      Hanami wydaje ambitniejsze mangi, ale się różnie sprzedają. Zresztą Hanami jako jedyne wydawnictwo w moim mieście lądowało na półce z komiksami. Chwała Hanami za to, że wydaje ambitniejsze mangi, ale z samej ich sprzedaży nie wiem, czy by się utrzymało.

      Usuń
    19. Rozumiem :) Chociaż nie lubię sytuacji, gdy coś jest dostępne tylko i wyłącznie w sklepie internetowym - zwłaszcza gdy wcześniej było również w zwykłych sklepach. Koleżanka tak miała z książkami fantasy pewnego wydawnictwa: wszystkie ich książki z serii Forgotten poznikały z półek księgarni i zaczęły być dostępne tylko w Internecie. A niedawno dowiedziałam się, że mają wrócić na półki, bo im chyba sprzedaż spadła.
      Książki, filmy i muzyka :) Ale podejrzewam, że gry też - mam znajomych graczy, pewnie by to potwierdzili.
      W przypadku Hanami problemem mogą być też ceny mang - wyższe w porównaniu z innymi wydawnictwami. Ale patrząc na grubość tomów, format i wydanie, nie uważam, żeby były one z kosmosu. Ot, to nie manga dla każdego.

      Usuń
    20. Mi osobiście taka sytuacja nie przeszkadza, ale rozumiem, że to może być kłopotliwe.
      Muzyka też oczywiście :). Nie o to chodzi, żeby same osoby zainteresowane wiedziały, że gry potrafią być ambitne - tzn. to też, szczególnie w odniesieniu do mang, ale chodzi o ogół społeczeństwa: wątpię, żeby np. matki goniące swoje dzieci od gier nie myślały bardzo jednoliniowo o grach :). Zresztą, podobne problemy mają osoby zainteresowane serialem - taka osoba wie doskonale, czym serial może być, ale osoba kompletnie niezainteresowana i nieznająca medium stwierdzi, że seriale to taka głupota czy coś. To w sumie jest coś, co myślę, że przyjdzie z czasem - książki miały stulecia, żeby pokazać, na co je stać, film w sumie chociaż ma około setkę na karku, to rozwijał się dosyć dynamicznie, a inne formy muszą dopiero zaaklimatyzować się w świadomości. Z ciekawostek: wiesz, że Platon był przeciwnikiem słowa pisanego jako medium z różnych powodów? :D Dzisiaj nikomu by już nie przyszło do głowy kwestionować siłę i wartość słowa pisanego.
      Hanami ma różne serie: niektóre, pomimo bycia seinenem albo josei, tak naprawdę dużo nie wnoszą od siebie (Balsamista), czasem też wydają coś znanego autora, ale z "gorszego sortu" (najczęściej dlatego, że krótkie). A czasem bardzo ciekawe mangi się nie sprzedają, vide Muzyka Marie. A czasem mają skopane tłumaczenia (np. Morfina). Ale i tak kocham ich z całego serca za Urasawę.

      Usuń
    21. Zgadzam się, bo szczerze mówiąc... sama myślałam tak, jak te matki odganiające dzieci od gier ^^; Dopiero koleżanka, zapalony gracz, wyjaśniła mi kilka rzeczy (choćby to, że chirurgom polecane jest granie, z tego względu, że zwiększa sprawność palców i pomaga wypracować refleks. co prawda nie jest to ta zaleta gier, o której rozmawiamy, ale jest to coś, o czym nigdy nie myślałam, a co niewątpliwie JEST zaletą gier). Seriale powoli stają się chyba bardziej docenianym medium, na równi z filmem: dzięki produkcjom takim jak "Gra o tron" przestają być postrzegane wyłącznie przez pryzmat oper mydlanych. Tak mi się wychodzi z obserwacji :)
      Tę ciekawostkę o Platonie skądś kojarzę... prawdopodobnie z tumblr, musiał mi się przewinąć kiedyś cytat przed oczami.
      Z Hanami kojarzę właśnie "Balsamistę" i "Dziennik z zaginięcia". Podobnie z Hanami kojarzy mi się trochę inny format mang (większe niż standardowe).

      Usuń
    22. I howgh. Nie mam nic więcej do dodania tylko to, że ja także musiałam dojść do pewnych konkluzji na temat mediów po jakimś czasie :).

      Usuń
  2. Ja nie widzę nic złego w tym że można przejrzeć książkę w salonach Empiku, wręcz przeciwnie, zawsze mi się podobało że jest taka możliwość i korzystałam z tego nie raz. Dzięki temu nie trzeba kupować książki w ciemno, można ją sobie na spokojnie przejrzeć, ocenić czy wybrana lektura jest warta zakupu... Jak dla mnie zbiorowe czytanie książek tworzy taki pozytywny klimat tego miejsca. Nie zdarzyło mi się trafić na rozwaloną książkę którą kupowałam w empiku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również nie raz przeglądałam książkę w Empiku. Zawsze staram się jednak odłożyć ją na półkę w jak najmniej naruszonym stanie - cały czas mam w pamięci tę wygniecioną i zmarnowaną książkę, która stałą na regale jako jedyna pozostawiona z serii.
      Przyznam, że trochę mi brakuje ludzi czytających pod półkami. Kiedyś dzięki nim Empik miał klimat typowej księgarni, a teraz niestety klimatu brak, jeno klimatyzacja się uchowała.

      Usuń
    2. W dużym stopniu wygląd książek zależy też od tego w jakim stanie ludzie odstawiają je z powrotem na półki, niestety na to trudno już wpłynąć, wszystko zależy od kultury osobistej. :( Muszę też przyznać, że czasami zdarza mi się jeszcze zobaczyć osoby czytające w niektórych empikach, to miły widok :)

      Usuń
    3. Zgadzam się w zupełności :)

      Usuń
  3. Ja osobiście też nie widzę w tym nic złego, że chcę przejrzeć książkę przed kupnem. Tak samo jak można sobie podejść do komputera ze słuchawkami i odsłuchać płytę lub jej fragment. Nie wiem tylko, czy gdzieś jest podobna możliwość z grami komputerowymi, ale nieważne.
    Oczywiście wiadomo, że powinno się nie niszczyć takiej książki. Gdyby przypadkiem mi się nie wiem, podarła strona, czy coś, to czułabym się zobowiązana, by za to zapłacić. Ale to ja, a wiadomo, ludzie są różni. Ja sama lubię czytać, przeglądać, ale mam też wrażenie, że jestem "przeganiana" nie tyle przez pracowników, a innych klientów, bo chcą przejść, czy coś. A ja im przeszkadzam.
    I Empik Empikowi nierówny. Tak jak u mnie, w Zielonej Górze, największy Empik = największy wybór, a nieco mniejszy w centrum handlowym (a też popularny) nie ma np. wszystkich mang, czy komiksów. Choć plus dla nich, że teraz je poukładali i nie są na jednej półce z czasopismami dla dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z grami są takie możliwości, ale chyba nie ze wszystkimi - zależy co dany sklep uruchomi na ogólnodostępnej konsoli.
      Można mieć wrażenie przeganiania przez klientów, kiedy w sklepie jest ciasno. Sama nie raz tak się czuję, gdy akurat jestem w mniejszym salonie - jeden jest tak ciasny, że nie miniesz się z kimś między półkami bez obtarcia się o tę osobę. To już efekt niemyślenia osób odpowiedzialnych za wystrój, bo starają się upchnąć jak najwięcej rzeczy na małej przestrzeni.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. A to akurat prawda, że oni tak robią, że chcą (muszą) upchać jak najwięcej towaru na małej przestrzeni. W tym Empiku w centrum handlowym, co wspomniałam, to towary są załadowane niemalże pod sam sufit. A to już wygląda mało estetycznie.

      Usuń
    4. I to jest bez sensu właśnie. W Matrasach towar poukładany jest jakoś... bardziej z sensem, moim zdaniem. I chociaż leży go tam sporo (ba, wybór jest o niebo większy niż w Empiku) klient nie czuje się przytłoczony, bo jednocześnie jest dość przestronnie.

      Usuń
    5. Czy ja wiem, czy w Matrasach wybór jest większy? Chyba też zależy od sklepu. U mnie jest tylko jeden Matras i jest mniejszy od Empika, ale z kolei oferuje praktycznie same książki. I Matras ma atrakcyjniejsze promocje (raz kupiłam książkę wartą ponad 50 zł za 20 zł). I coś w tym jest, jest nawet więcej przestrzeni, mimo wszystko.

      Usuń
    6. Moim zdaniem jest, szczególnie jeśli szukasz czegoś z klasyki: łatwiej znaleźć nie-bestsellerową książkę w Matrasie niż w Empiku. No i częste promocje też dużo dają. U mnie Matrasów jest chyba więcej niż Empików.
      Nie tylko przestrzeń - one ogólnie mają taki "feel" typowej księgarni, którego w standardowym Empiku już nie uświadczysz.

      Usuń
  4. Ileś lat temu miałam zwyczaj spędzać trochę czasu przy stoisku z gazetami za każdą wizytą w pobliskim spożywczaku, przeglądałam, odkładałam, nieraz coś wzięłam, bo w tamtych latach kupowałam sporo prasy. Aż dnia pewnego usłyszałam od ekspedientki "tu się kupuje, a nie czyta". W porządku, wasz wybór, nie czyta się, a więc i nie kupuje. Nigdy już nie kupiłam tam niczego drukowanego, specjalnie szłam gdzie indziej.

    Rzecz jasna, zawsze przy tym uważałam zasadę "ma wrócić na półkę takie, żeby mikroskop nie wykrył, że było macane" za oczywistą i bezdyskusyjną. Nigdy też ostrożne uważanie na to, co z trzymaną książką/magazynem robię nie wydawało mi się to jakimś zadaniem ponad siły. Ale faktycznie, wygląda na to, że dla niektórych to obca koncepcja, muszą się chyba z książką wytarzać i ją przeżuć, żeby wiedzieć, że czytali. Trochę zaskakująco, nasuwa mi się teraz myśl, że hej, przecież jest rodzaj sklepów, które ten rodzaj zachowania klientów wykorzystują marketingowo zamiast tępić - drogerie i ich testowe egzemplarze kosmetyków. Ciekawe, czy kiedyś zobaczymy w Empiku książki z naklejką 'Tester'?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale takiego Empikowego "testera" nikt by potem nie kupił, bo by wyglądał jak psu z gardła wyjęty - perfumy z kolei się zużywa przy próbowaniu ;)
      Mówiąc o gazetach - zauważyłam, że w Empikach najwięcej czyta się w dziale z prasą.

      Usuń
  5. Jestem jedną z tych osób, które nagminnie czytają książki w empiku. :) Nigdy nie miałam z tym żadnych problemów: w najbliższym empiku są miejsca, w których mogę spokojnie usiąść i przeczytać całą powieść, nie będąc zaczepianą przez nikogo.
    Przyznaję, jestem zaskoczona potrzebą tłumaczenia, że książek w księgarni nie wolno niszczyć, zawsze wydawało mi się to oczywistością (może dlatego, że w ogóle bardzo dbam o książki: czy to własne, czy też wypożyczone).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli należysz do tych szczęściarzy, którzy mają dostęp do bardziej kameralnych Empików, zgadza się? :)
      Wydaje mi się, że to kwestia wychowania. Są niestety osoby, które uważają, że jeśli coś nie należy do nich, to nie muszą o to dbać. A jak należy, nie muszą dbać tym bardziej, bo to ich rzeczy i ich sprawa. To podejście porównywalne do otworzenia soku w sklepie spożywczym, wypicia połowy i odstawienia na półkę takiej napoczętej butelki.

      Usuń